What a time to be alive

Po coś nas rzeczywiście sprowadzono na świat: nie dla nas samych, ale dla innych właśnie.
Jak być dla innych, kiedy ma się poczucie, że nie można być w ogóle? Chciałabym nie żyć już w lęku.
I wciąż ta nieprzerwana myśl, że nie chcę tu być. To co mam, kim jestem i co sobą stanowię to marność, nic nie warte okruszki, popiół spod ciemnego zakamarka w strefie dla palących. Jakkolwiek nie wyobrażałabym sobie, że jestem wspaniała, rzeczywistość weryfikuje ten pogląd, zmniejszając mojepoczucie własnej wartości z względnej normy do smutnego minimum.
Jechałam tramwajem myśląc o tym, jak nie cierpię siebie i swojej pracy i jak złości mnie obecność faceta siedzącego z przodu - wsiadł tuż po mnie i zajął miejsce bezpośrednio przede mną pod takim kątem, że swoją śmierdzącą stopą trykał mnie bezustannie przez pół mojej drogi do domu. Pytacie co się u mnie dzieje? To jest moje życie: ciągła złość na Bogu ducha winnych ludzi i rzeczy martwe. I czarne barwy. I wstyd, zakłopotanie i wyrzuty sumienia: jak w ogóle mogę tak patrzeć na świat, przecież nie jest na nim źle. Przecież wiem, że można w nim znaleźć mnóstwo dobra, sama staram się do tego przyczyniać jak najlepiej umiem. Tak samo mam świadomość, że jestem kochana. I że są ludzie, których cieszy moje bycie na świecie. Mam cały zastęp argumentów na potwierdzenie tego, że nie jest mi źle. 
I co z tego, powtarza głosik w mojej głowie. Co z tego, że jesteś, żyjesz, że inni są dla ciebie. W każdej z wykonywanych przez ciebie czynności, w każdej twojej myśli jesteś źle. Jak możesz być taka okropna i bezużyteczna. Jak możesz w ogóle włóczyć się po tej planecie. Jak możesz jeść, spać spokojnie i śnić. Jak możesz planować i uczyć się z tym balastem, którym sama jesteś. Połóż się i zniknij. Na zawsze.

Komentarze