Obracam się i zmieniam kolory jakbym była częścią kalejdoskopu. Kolor żółty - na zawołanie. Czerwony - proszę bardzo. Niebieski - o niebieski nikt nie prosi, usuwamy. Zielony - tak, zielony jak najbardziej. 
Co mi po tym
Z zewnątrz nie wygląda to tak źle, widać może delikatny ubytek w strukturze. Ale wewnątrz... rozsypałam się w drobny mak, ja, posklejane szkiełko, nie umiem być znowu cała. 

Nie mogę powiedzieć, że moje życie po tym jednym specjalnym wydarzeniu przewróciło się do góry nogami. Wtedy mogłabym podnieść się i naprawić to, co zepsute. Ale co mam zrobić, skoro czuję że nie ma dla mnie ratunku? Że jedyne co mogę zrobić to przeczekać, bo i tak nie mogę rozwiązać ani naprawić problemu który pojawił się w przeszłości (choć teraźniejszości pazurami się trzyma).

I jak iść dalej, z głową podniesioną do góry i z jasnym spojrzeniem? Kiedy mam wrażenie że nigdy już nic nie będzie takie samo. Nie mogę uwierzyć, że ta świadomość trafiła we mnie dopiero teraz.

Potrzebuję bohatera. Takiego, który rozświetli noc, zrozumie mój ból i zaopiekuje się mną tak jak to możliwe. Żebym urosła znowu i miała siłę. Tak bardzo mi jej brakuje. 

Komentarze

Anonimowy pisze…
hmm...