Nie mogę się prawidłowo uruchomić. Gubię się w ciągłym wirze pracy nie dla potrzeb, a dla samej czynności pracowania, oraz w niezliczonych połączeniach emocjonalno-fizycznych moich z innymi ludźmi. Jest ciężko, tym bardziej, że w grę wchodzą uczucia, których nigdy jakoś specjalnie nie dopuszczałam do świadomości w związku z czym jest mi trochę źle.

Wiem, że jestem swoją jedyną przeszkodą. Nikt z was nie stoi mi na drodze tak jak ja. Nikt też, choć bardzo chciałabym wierzyć w optymistyczną wersję, nikt nie jest w stanie obronić mnie przed samą sobą. Z resztą- lepiej dla was byłoby bronić się przede mną indywidualnie.

Dobrze byłoby znaleźć czas. Położyć się na pomoście, w słońcu, posłuchać szumiącej wody i lasu dookoła i przemyśleć całe swoje życie od nowa. Czas jest tu elementem kluczowym, potrzebuję go i tęsknię za nim, jednocześnie uciekając od znalezienia go, co zawsze zdarza się w przypadku spraw, na których mi zależy.

To jest ten rzadko spotykany czas, w którym nie jestem zdesperowana, w depresji, smutna, pusta ani nadmiernie szczęśliwa. Można rozmawiać ze mną normalnie. Można poprzebywać ze mną spokojnie.
Wiem, że obecny stan nie potrwa długo. Choćby ze względu na mój planowany mały cudzy koniec świata. Obawiam się trochę, że im dłużej go odwlekam, tym trudniej będzie mi zrealizować zamierzenia. W związku z tym trochę strachów i trochę w tym tej prawdziwej, żywej mnie. Rzadko się pokazuję w tak odkrytej postaci.

Komentarze